piątek, 28 lipca 2017

PROLOG – Nie zadawajcie się z Nigelem Johnsonem


Tupot moich niziutkich szpilek roznosił się po całej ulicy, przez co czułam się dość niezręcznie. Nie lubiłam tego typu butów bardziej niż brukselki. Przez całą drogę towarzyszyło mi wrażenie, że zaraz się potknę i wywrócę, na oczach kilkorga nastolatków, którzy szli za mną. Znając moje szczęście, z pewnością byli to uczniowie mojej nowej szkoły, do której właśnie zmierzałam. Z drugiej strony, kiedy tak na nich spoglądałam, zauważyłam, że są podobnego wzrostu i prawdopodobnie wieku, a więc możliwe, że dla nich ta szkoła jest tak samo nowa, jak i dla mnie. W końcu w dniu rozpoczęcia roku szkolnego liceum jest nową szkołą dla każdego pierwszaka.


Aby ukrócić sobie drogę, skręciłam do parku i po kilku krótkich chwilach widziałam już za drzewami wysoki budynek, nazywany liceum. Musiałam unieść głowę, aby zobaczyć go w całej okazałości, bowiem miał on blisko cztery piętra. Wyglądał wyjątkowo przyjaźnie – jak na szkołę – ale wydawało mi się, że to tylko przykrywka. Z zewnątrz miał wesołe kolory, był ładnie wyremontowany, czysty, ale według tego, co mówił mój przyjaciel, w piwnicach mieli celę dla niegrzecznych uczniów.


Spojrzałam na zegarek, zastanawiając się, czy powinnam już wchodzić do środka. Stresowałam się, bo nie chciałam zrobić nic głupiego pierwszego dnia szkoły. Bałam się też osób, które miały być na moim roczniku oraz w mojej klasie. Gdy składałam papiery do liceum, starałam się wybrać taką szkołę, aby poszło do niej jak najmniej osób z mojego gimnazjum. Wedle moich obliczeń, powinnam spotkać się tylko z dwiema dziewczynami z dawnej szkoły, których ani trochę się nie obawiałam. Jedna z nich to moja przyjaciółka a druga to dość dobra koleżanka.


– Joyce! – usłyszałam czyjś głos i natychmiast obróciłam się w tamtym kierunku. – Chodź już, nie będę tu sama stać!


Uśmiechnęłam się pod nosem i w moich nielubianych szpileczkach pobiegłam po chodniku. Na całe szczęście, udało mi się nie wywrócić, co było aż dziwne, zważywszy na mojego wrodzonego pecha i niezręczność. Przytuliłam moją przyjaciółkę – Katinę – pytając, czy obawia się nowej szkoły tak bardzo, jak ja. Dziewczyna, z pochodzenia hiszpanka, od dwóch lat mieszkająca w Anglii, jest nastawiona do życia zdecydowanie pozytywniej niż ja, a więc odpowiedziała, że przecież to tylko szkoła i nie ma się czego bać. Chciałabym posiąść jej tok myślenia.


Na schodach szkoły pojawiła się wysoka, starsza kobieta o surowym wyrazie twarzy. Sztywne, czarne włosy sięgały jej do ramion a babcine okulary zajmowały jej przynajmniej połowę twarzy, chowając za sobą zimne, szare oczy. To chyba ten typ nauczycielki, którą nie do końca wszyscy lubią, a raczej uczniowie się jej obawiają. Co najgorsze – doskonale wiedziałam, kim ona była. Spotkałam tą kobietę, kiedy poszłam sprawdzić listę przyjętych do tej szkoły. Skakałam właśnie z radości, dowiadując się, że w swojej klasie nie będę miała nikogo z mojego gimnazjum, tylko Katinę i Kaylę, gdy kobieta nagle podeszła i oznajmiła mi oraz kilku innym osobą stojącym przy liście, że od września będzie naszą wychowawczynią.


Teraz kobieta machnęła ręką w kierunku uczniów, krzycząc, aby pierwszoroczni skierowali się na salę gimnastyczną. Podejrzewam, że każdy uczeń miał iść właśnie tam, ale najwyraźniej pozostałe roczniki musiały już o tym dawno wiedzieć. Poczekałyśmy z Katiną, aż reszta uczniów nas wyprzedzi i powolnym, jakby żałobnym krokiem skierowałyśmy się za nimi. Nie lubiłam takiego zgiełku, więc nie minęły dwie minuty i zaczęłam marudzić Katinie do ucha, że ja już chciałabym stąd iść. Całe szczęście, że dzisiejszego dnia miałyśmy mieć tylko niedługi apel oraz krótkie spotkanie z wychowawcami w klasach. Gdybym dzisiaj, wciąż żyjąc wakacji, miałabym zasiąść w szkolnej ławce i uczyć się, chyba prędzej bym zasnęła.


– Szukaj jakiegoś przystojniaka, może ci się humor poprawi – szepnęła mi na ucho Katina, chichocząc.


– Uważaj, bo zaraz tobie kogoś znajdę.


– A bardzo chętnie.


Roześmiałam się i zajęłam miejsce w rzędzie, który wskazała nam nauczycielka. Moja przyjaciółka położyła swoją torebeczkę na wolnym krześle obok, aby nikt nie mógł tutaj usiąść do czasu, aż nasza koleżanka – Kayla – przyjdzie na salę gimnastyczną. Zaczęłam się rozglądać po całym pomieszczeniu, ale nie – jak radziła mi Katina – w poszukiwaniu ładnych chłopców, tylko za moim przyjacielem, który powinien gdzieś tutaj być. Albo i nie.


Moje poszukiwania przerwała mi brunetka o nieskazitelnej cerze i błyszczących, zielonych oczach. Kątem oka zauważyłam, jak kilku chłopców, z którymi prawdopodobnie będę miała zajęcia w najbliższych latach, obejrzało się za Kaylą, gdy ta siadała obok nas. Nic dziwnego – dziewczyna była po prostu piękna. Znałam ją jeszcze z gimnazjum, chodziłyśmy razem do klasy i zawsze zazdrościłam jej urody – gładkiej twarzy, prostego nosa, pełnych ust i szerokiego uśmiechu. Ale wiedziałam też, że Kayla nie uważała swojego piękna za największy atut i rzadko kiedy go wykorzystywała. Dla niej bardziej liczyły się książki, stopnie w szkole i to, co powie nauczyciel, niż jej odbicie w lustrze.


Właściwie nie wiedział, jak to się stało, że tak dobrze się dogadywałyśmy. Byłyśmy zupełnie innymi typami osobowości – dla mnie zdecydowanie bardziej liczyło się moje zdanie, niż zdanie nauczyciela. Uczyłam się dobrze, ale nie wybijałam się tak bardzo jak Kayla i nie odnosiłam takich sukcesów w nauce, jak ona. Nauczyciele mnie raczej nie chwalili, częściej narzekali, chociaż nie byłam aż tak złą dziewczyną. Łączyło nas chyba tylko to, że obydwie nie lubiłyśmy szalonych imprez w dużych grupach – czasem po prostu wolałam posiedzieć w domu z mamą lub z przyjacielem. A już całkowicie nie rozumiem tego, jak Katina mogła dogadywać się z Kaylą. Ta rudowłosa dziewczyna uwielbiała szalone imprezy – i tylko dlatego czasem się na nich znajdowałam – towarzystwo chłopców i wszystko, co nie było nauką. A nauczyciele częściej na nią wrzeszczeli, niż chwalili.


Jednak nasze przedziwne trio trzymało się razem przez ostatnią klasę gimnazjum i poszło razem do liceum. Odwrócenie tego nie byłoby takie łatwe, gdybyśmy nagle zaczęły się kłócić. Ale może to właśnie przeciwności sprawiają, że tak dobrze się dogadujemy?


– Szanowni państwo, drodzy uczniowie… – głos dyrektora szkoły natychmiast sprawił, że włączyłam tryb: „Nie słuchać, spać z otwartymi oczami”.


Przez lata nauce w szkole opanowałam do perfekcji metodę niesłuchania i przetrwania nudnych wydarzeń, takich jak to. Do życia budziły mnie tylko oklaski, które rozbrzmiewały po całej sali kilkakrotnie. Wtedy też rozglądałam się w poszukiwaniu mojego przyjaciela, którego wciąż nie mogłam znaleźć oraz po to, aby zobaczyć to, co robią inni uczniowie. Kayla słuchała tego, co mówił mężczyzna, z wielką uwagą. Katina z kolei wyciągnęła swój telefon i ukradkiem pisała ze swoim starszym bratem o tym, co chciałaby zjeść na obiad. Tak, to zdecydowanie było ciekawsze od jakichkolwiek przemów.


– …a teraz zapraszam wszystkich uczniów do klas – głos prowadzącej apel brzmiał niczym rozkaz, na który natychmiast wszyscy poderwali się z krzeseł i skierowali się do wyjścia.


– Czego uczy Robinson? – spytała Katina, przywołując nazwisko naszej wychowawczyni.


– Francuskiego – Kayla szybko udzieliła odpowiedzi, bo przecież wiedziała wszystko. – Chodźcie, tutaj jest nasza klasa.


Z głośnym westchnieniem ustawiłam się pod drzwiami owej sali, gdzieś pomiędzy grupką ludzi z którymi będę musiała spędzić następne kilka lat. Chwilę później nadeszła wysoka kobieta, nasza wychowawczyni, o której wspominałam wcześniej. Pani Robinson ze stoickim spokojem otworzyła drzwi i wpuściła nas do klasy. W oczy od razu rzuciły mi się podwójne ławki i Katina, która natychmiast zajęła miejsce obok jakiegoś przystojnego chłopaka z naszej nowej klasy. Czasem zazdrościłam jej tej pewności siebie i bezpośredniości, którą w sobie miała. My z Kaylą zajęłyśmy miejsce tuż za nimi i tutaj można było dostrzec kolejną różnicę między nami – ja usiadłam tak, aby było mi wygodnie, Kayla usiadła prosto, wyciągając szyję, aby mogła usłyszeć każde słowo pani Robinson i zobaczyć każdy jej gest.


Gdy wszyscy zajęli swoje miejsca, a pani Robinson usiadła przy biurku, zaczęła opowiadać, kim jest i czego uczy. Miałam już ochotę iść do domu, zwłaszcza, że mój telefon zaczął wibrować, czyli prawdopodobnie mama albo mój przyjaciel zaczęli do mnie pisać smsy z pytaniami o mój pierwszy dzień w szkole. Jednak wyjście z tej klasy miało nie nadejść tak szybko, bowiem pani wychowawczyni wymyśliła sobie jakąś głupią zabawę z imionami. Kolejny kwadrans straciliśmy na to, aby każdy się przedstawił i powiedział coś o sobie. Ciekawszym zajęciem wydawało mi się spoglądanie co chwila na zegarek, wyczekując końca. Aż w końcu pani Robinson spytała, czy mamy jakieś pytania. Pewna tego, że nikt się nie odezwie, chciałam już wstawać, ale oczywiście Kayla podniosła rękę.


– Może jakaś rada na początek nowej szkoły? – zaproponowała.


– Tylko jedna – głos pani Robinson wydawał się być surowszy. – Chłopcy, dziewczęta tym bardziej, nie zadawajcie się z Nigelem Johnsonem.

środa, 26 lipca 2017

ZAPOWIEDŹ - Nie zadawajcie się z Nigelem Johnsonem

Hejka! A więc przechodząc od razu do sedna – planuję drugie opowiadanie, które chciałabym już opublikować :D Jego tytuł to: "Nie zadawajcie się z Nigelem Johnsonem", a tutaj przedstawiam Wam opis: 


"- Może jakaś rada na początek szkoły? - zaproponowała.
  - Tylko jedna - głos pani Robinson wydał się surowszy. - Chłopcy, dziewczęta tym bardziej, nie zadawajcie się z Nigelem Johnsonem."
 
  Kiedy piętnastoletnia Joyce Davies kończy gimnazjum i idzie do liceum ma nadzieję, że jej życie się odmieni. Chce zostawić za sobą niemiłe wspomnienia z poprzedniej szkoły i zacząć nowy rozdział, pozbawiony smutku i rozczarowania. Ale co, jeśli jej koleżanka i pewna nauczycielka zechcą usilnie zniszczyć jej wieloletnią przyjaźń? Czy tajemnice i błędy przeszłości będą w stanie zburzyć zaufanie, które przyjaciele budowali przez tyle lat? A może na jej drodze pojawi się coś zupełnie nowego?
 
  "Prawda była taka, że wierzyliśmy w to, że jeżeli zignorujemy jakiekolwiek wyższe uczucia między nami, to one zignorują nas."


Zapraszam bardzo serdecznie, niedługo pojawi się prolog, a tymczasem odsyłam Was na mój wattpadowy profil, gdzie znajdziecie również i te opowiadanie KLIK!

poniedziałek, 24 lipca 2017

Zbrodnia doskonała [Fanfiction]

Hejka! Dziś przedstawiam Wam jednego z moich one-shotów z Wyzwań Literackich na Wattpadzie [KLIK!]. W tym wyzwaniu miałam podane jedno słowo oraz kategorię. A był to wyraz "pętla" oraz kategoria Fanfiction, a w moim przypadku było to ff do serialu "Gotham", a dodatkowo pojawia się tam jeszcze Joker i Harley :D Także zapraszam do czytania! 



"Zbrodnia doskonała"

– Jim, to było samobójstwo.

James Gordon spojrzał prosto w oczy swojej przełożonej, Sarah Essen. Liczył na to, że groźny wzrok przekona ją do jego racji, jednak kobieta była nieugięta. Nie pomogła również mina zbitego psa – ba, sprawiła ona tylko tyle, że policjantka parsknęła śmiechem. Na pomoc swojego zawodowego partnera również nie miał co liczyć, chociaż Harvey Bullock musiał wiedzieć, że jego kumpel ma po części rację. Ale jakoś nie widział sensu, aby pomagać w tym momencie Gordonowi. Bo przecież o wiele łatwiej, prościej i przyjemniej było zapisać w protokole, że denat popełnił samobójstwo, a nie, że został zamordowany.

– To wytłumacz mi, skąd tyle samobójstw w ostatnim czasie, hę? Czy ten koleś miał w ogóle jakiś chociaż malusieńki powód, żeby się wieszać? I dlaczego nikt nie skacze pod pociąg, ani z mostu? Nikt nawet nie strzela sobie kulki w łeb! 

– Może taka nowa moda wśród samobójców – podsunął Harvey, a Jim zacisnął dłoń w pięść, powstrzymując się, ażeby go nie uderzyć.

– Denat był przepracowany, w dodatku znęcała się nad nim szefowa – wyjaśniła spokojnie Sarah. Lubiła Jima, był przecież dobrym detektywem, ale czasem wydawało jej się, że mężczyzna zawsze szukał dziury w całym. – Tak, wiem, że miał trójkę dzieci, żonę i generalnie żyć dla kogo, ale Jim, nie wiesz, co się dzieje w głowie osoby z depresją… Takie rzeczy się zdarzają, zajmij się lepiej sprawą tych no… złodziei… 

– Jestem przekonany, że to nie było samobójstwo – upierał się dalej Gordon, a kobieta wywróciła oczami. – I wszystkie poprzednie również nie były samobójstwami, nie widzisz tych elementów układanki?

– Mam za dużo na głowie. Wszyscy mamy za dużo na głowie – oznajmiła, rzucając ukradkowe spojrzenie na piętrzący się na biurku stos papierów. – Chcesz, prowadź to z Bullockiem na własną rękę, do mnie z tym nie przychodź. Powodzenia życzę.

– Dlaczego ze mną? – jęknął Harvey spoglądając, jak szefowa zabiera papiery i wychodzi z biura.

James, dotąd oparty rękoma o biurko swojej przełożonej, wyprostował się z wymalowanym na twarzy uśmiechem satysfakcji. Właśnie otrzymał zgodę na rozpoczęcie działań, które według niego były bardzo potrzebne. To nie możliwe, aby tylko wciągu ostatniego tygodnia zgłoszono sprawy siedmiu samobójstw poprzez powieszenie, a lina u wszystkich denatów była dokładnie taka sama. Harvey podpowiadał mu, że może kupowali w tym samym sklepie, ale Gordonowi wydawało się być to mało prawdopodobne, skoro ofiary mieszkali w różnych częściach Gotham. 

Detektyw postanowił od razu działać – przecież nie mógł pozwolić, aby co raz więcej osób mordowano pod maską samobójstwa. Ruszył żwawo 0do pomieszczenia, w którym badano denatów, wiedząc, że z pewnością spotka tam Edwarda Nygma’ę. Skinął na swojego partnera, który zaklął pod nosem tak cicho, że Gordon nie był wstanie tego usłyszeć i powlókł się niechętnie za kumplem. Tak jak się spodziewał – przez tego dziwaka, którego nawet trochę lubił, będzie miał znowu więcej pracy. Umieszczenie w protokole: „samobójstwo”, zamiast „morderstwo” naprawdę było o wiele, wiele prostsze. 

– Denatów łączą tylko ślady sznura na szyi – oznajmił Nygma, przyglądając się protokołom z jego oględzin, jak i ciałom dwunastu ofiar z ostatniego tygodnia. – Sznurów tego samego producenta, jeśli już chcemy być drobiazgowi. Ale poza tym, nie widzę jakiś podobnych śladów.

– Żadnych podobieństw? – dopytał Jim. – Kolor oczu, włosów, skóry? Nie wiem, płytka paznokcia?

– Wszyscy są zupełnie inni. Pod względem wszystkiego. Tamta to blondynka, tamten jest czarny, tamten jest po sześćdziesiątce, a ten na końcu to jeszcze nastolatek. Tamta szczupła, tamten gruby. Tamten jest blady, a tamta jest Afroamerykanką. Jeśli ty tutaj widzisz jakieś podobieństwo, to gratuluję. 

James rzucił ukradkowe spojrzenie na Harvey’ego, z nadzieją, że ten mu jakoś pomoże, ale niestety – mężczyzna tylko wzruszył ramionami. Ale z drugiej strony, czego chciał się po nim spodziewać, przecież była dopiero siódma rano i jego kumpel był jeszcze połowicznie śpiący. Podziękował więc Nygma’ie, poprosił o informacje w razie jakiś podejrzeń, po czym ruszył przygotować dwie kawy. Może po odpowiedniej dawce kofeiny Bullock będzie bardziej pomocny. 

Zabrał też protokoły i akta wszystkich denatów, ale tam też nie znalazł niczego, co by go w jakiś sposób  zainteresowało. Rzekomych samobójców nie łączył ani status majątkowy, ani praca, czy wykształcenie. Opisy życia prywatnego również znacznie się od siebie różniły, a powody samobójstw w większości notatkach nie były nawet opisane. James wiedział, że rodziny części zmarłych domagają się wyjaśnienia, dlaczego ich bliscy popełnili samobójstwo, zaś inne rodziny całkowicie zignorowały tą śmierć. W końcu życie w Gotham City nie było kolorowe. 

Ostatni rzut na akta, ale Gordon i tak nie zauważył żadnych podobieństw. Zeznania świadków, to znaczy bliskich zmarłych oraz tych, którzy odcinali biednych samobójców również nie wniosły niczego nowego do jego sprawy. James spojrzał na kumpla, z nadzieją, że ten wymyśli, co jeszcze mógłby sprawdzić, ale ten właśnie był zajęty rozmową przez telefon. Sądząc po głosie, wydobywających się z telefonu, jego rozmówczynią była młoda kobieta. A sądząc po tym, co mówił do niej Harvey, wyraźnie ze sobą flirtowali.

– Ładna? – zapytał Jim, kiedy jego partner zakończył rozmowę.

– Ładna to mało powiedziane. A co ona potrafi… Uuu… – rozmarzył się na chwilę Bullock, co spowodowało salwę śmiechu u Gordona. – Pani doktor. Z Arkham Asylum. Wiesz, że ta… ta… Harley Quinn popełniła samobójstwo? Ale jakieś dwa tygodnie temu.

– Zabiła się? W Arkham?

– Nie dopilnowali jej, to w końcu cwana bestia – mruknął Harvey, upijając łyk zimnej już kawy. – Dziewczyna Jokera. Dawno o nim nie było słychać, nie? Może ma żałobę. 

– On nie siedzi w Arkham? – zdziwił się Jim, zastanawiając się, co on robił ostatnimi czasy, że nie słyszał nic o parze najniebezpieczniejszych złoczyńców Gotham.

– Uciekł jakieś dwa miesiące temu. Harley chyba miała spieprzyć z nim, ale ją złapali.

Jim westchnął, zastanawiając się nad samobójstwem młodej, szalonej psychopatki. Jaki ona mogła mieć powód, aby się zabijać? Chyba żaden. Ale z drugiej strony, ta kobieta była wcieleniem szaleństwa i nie wiadomo, co kryło się w jej dziwnym mózgu. Przez moment spojrzał na stos papierów, które stanowiły akta denatów i protokoły zeznań bliskich, zastanawiając się, czy śmierć Harley Quinn również można było tutaj dorzucić. To nie możliwe – odeszła dwa tygodnie temu i w dodatku…

– Harvey, w jaki sposób Harley popełniła samobójstwo? – zapytał James, nie będąc pewnym, czy kolega już o tym mówił. Bullock składał właśnie Kostkę Rubika.

– Powiesiła się. Chyba. 

– Jedziemy do Arkham – oznajmił Gordon, widząc światełko w prowadzeniu tej sprawy.

Harvey westchnął głośno i zaczął jęczeć, że przecież wizyta w szpitalu psychiatrycznym nie ma najmniejszego sensu, i Jim z niej nic nie wyciągnie. Wystarczyła jednak wspominka o pani doktor, z którą to Bullock przed chwilą rozmawiał przez telefon, aby detektyw uległ i poszedł wraz z Gordonem. Zadowolony z siebie James uśmiechnął się pod nosem i już po chwili odjeżdżał służbowym samochodem spod komisariatu, wioząc ze sobą kumpla, który w dalszym ciągu bawił się Kostką Rubika.

Na widok szpitala psychiatrycznego Jim poczuł się nieswojo. Dawniej, kiedy na moment musiano wydalić go z komisariatu, trafił właśnie tutaj, jako strażnik. Nie wspominał tego dobrze, nawet, jeśli w ciągu tego czasu poznał tutaj prześliczną panią doktor Thompkins, która później przeniosła się do pracy Jamesa, gdzie prowadziła sekcje zwłok. Gordon mógł zgłosić się właśnie do niej w sprawie samobójstw, ale nie chciał ją martwić kolejną dziwną sprawą, jaką prowadził przez własne podejrzenia, dlatego też zgłosił się do Nygmy, wiedząc, że chociaż nie jest to jego funkcja, to chłopak świetnie się na tym zna i w dodatku lubi to przedziwne zajęcie.

– Cześć Harvey! – rzuciła jedna z lekarek, na widok detektywów. To z nią musiał rozmawiać przez telefon. – W czymś ci pomóc?

– Opowiedz koledze o sprawie Harley Quinn – mruknął, a kobieta westchnęła i skinęła na nich, aby szli za nią. – Co robisz dziś wieczorem?

– Nic, nic, jestem wolna, Harvey – pani doktor uśmiechnęła się, a Jim wywrócił oczami, chociaż wiedział, że gdyby nie ona, to pewnie nie mieli by tego tropu. Z nieznajomych Gordonowi powodów, przedziwne znajomości jego kumpla na ogół okazywały się być niezwykle pomocne. Dobrze mieć takiego Bullocka. – Zaprowadzę was do doktora Wrighta, to on zajmował się panną Quinn. Przykra sprawa, nie dopilnował pacjentki, ale jest jeszcze nowy i dopiero się wdraża, tak więc…

– To usprawiedliwia fakt, że pozwolono dziewczynie popełnić samobójstwo? – dopytał James, nie bardzo wiedząc, co ta kobieta ma na myśli.

 Nie, nie, oczywiście, że nie… – pani doktor trochę się speszyła.

– Jim, tu chodzi o Harley Quinn! – zawołał zdenerwowany Bullock, przerywając kobiecie. – Faktycznie, lepiej by było, żeby szalona morderczyni uciekła i biegała sobie po Gotham.

Gordon wywrócił oczami i nie odzywał się już przez dalszą drogę. Spoglądał ukradkiem na mury Arkham, z odrazą wspominając to, co się tu działo, kiedy pracował jako strażnik. Nie brak było tutaj szaleńców rządnych ludzkiej krwi, lecz przesłuchiwanie wszystkich pacjentów wydawało się być czasem po prostu głupie, nawet, jeżeli działo się coś strasznego wewnątrz murów szpitala psychiatrycznego. Tak samo głupie, jak to, że Gordon musiał teraz wysłuchiwać flirtów swojego kumpla i lekarki aż do momentu, kiedy ta weszła do pokoju lekarzy, po czym oznajmiła, że doktor Wright ma właśnie przerwę, pojechał do jakieś jadłodajni i wróci za kwadrans.

Jednak, ku uciesze Gordona, kobieta zaproponowała, że może pokazać im pokój, w którym mieszkała Harley przed samobójstwem oraz rzeczy, które ze sobą miała. Pomieszczenie wydawało się zupełnie zwyczajne, jak na celę w psychiatryku. A bynajmniej James nie odnalazł w nim nic szczególnego, poza śladom paznokci na ścianie, ale lekarka przekonała go, że to również zupełnie zwyczajne w damskich pokojach w Arkham. Niechętnie opuścił więc pomieszczenie, szybko zapominając o pozostałościach na ścianach, kiedy kobieta oznajmiła, że może mu pokazać rzeczy Harley, które ze sobą miała. 

Lekarka zaprowadziła go do jednego z pomieszczeń, z mnóstwem regałów. Na wszystkich mieściły się pudełka wielkości tych po butach, ale Jim mógł przysiąc, że pudełko Harley, które podała mu kobieta było o wiele większe. Postawił je na stole w końcu sali i otworzył, przełykając ślinę, jakby denerwował się, czy znajdzie w nim coś przydatnego. Czuł się rozczarowany, kiedy na szczycie zauważył tylko papiery z badań psychicznie chorej, ale to, co znalazł na dnie pudełka obudziło w nim nowy zapał do działania.

– Samobójcy chodzą do jednego sklepu – skomentował znalezisko Harvey.

Przedmiotem, który tak zadziwił detektywów, była lina zawiązana w pętle. Jim dopytał na wszelki wypadek pani doktor i tak – była to ta sama pętla, na której powiesiła się Harley Quinn. I wyglądała ona dokładnie, ale to dokładnie tak samo jak ta, dzięki której życie odebrało sobie pozostałe dwanaście osób. 

Coś jednak dalej nie pasowało Gordonowi – Harley zginęła dwa tygodnie temu, pozostałe samobójstwa pochodzą z ostatniego tygodnia.

James opadł ciężko na krzesło, zastanawiając się, co Harley Quinn mogła mieć wspólnego z dwunastoma samobójstwami. Zadzwonił do jednego ze swoich kumpli na komisariacie z prośbą, aby sprawdził, czy denaci kiedykolwiek wcześniej przebywali w Arkham Asylum albo w innym szpitalu psychiatrycznym, ale znalazł się tylko jeden taki. Zniechęcony Gordon siedział więc, wpatrując się w ścianę, próbując w myślach poukładać sobie wszystkie fakty, podczas gdy znudzony Bullock przeglądał pozostałe rzeczy Harley. 

– Jim, telefon ci dzwoni – zwrócił mu uwagę Harvey, ale ten nawet nie zareagował, więc mężczyzna trącił go w ramię. – Jim! 

– Co? Ah, tak – detektyw otrząsnął się i spojrzał na wyświetlacz telefonu. Nygma. – Gordon z tej strony.

– Słuchaj, Jim, mam coś, co może cię zainteresować – Edward wydawał się być tak samo podniecony, co James, kiedy to usłyszał. – Pod paznokciami dwójki samobójców znaleziono fragment naskórka. Prawdopodobnie denaci musieli się szarpać z kimś przed tym, jak się powiesili.

– Masz DNA? Cokolwiek? – dopytał detektyw, ale w tym samym momencie ktoś wszedł do pomieszczenia. – Słuchaj Ed, porozmawiamy później.

Rozłączył się, spoglądając na zdziwionego lekarza, który wszedł do pomieszczenia. Przedstawił się i pokazał mu swoją odznakę, a kobieta, która z nimi była, wyjaśniła doktorowi, że prowadzą oni sprawę Harley. Gordon i doktor Wright rozmawiali przez chwilę, spacerując po szpitalu, kiedy to Harvey i lekarka dalej flirtowali w gabinecie. Jednak Jim czuł, że rozmowa z lekarzem nie wniosła nic, a nic do jego sprawy, co więcej, tylko stracił cenny czas. Czas, w którym na komisariat przywieźli kolejnego samobójcę z tą samą pętlą u szyi.

– Gdzie jest ciało Harley Quinn? – dopytał jeszcze na koniec Jim. – Była robiona jakaś sekcja zwłok?

– Nie, nic takiego – doktor wydawał się być lekko speszony. – A Harley jest już po pogrzebie…

Jim wywrócił oczami, zastanawiając się, czy szpital psychiatryczny nie powinien w takiej sytuacji poinformować policji. Ostatecznie zostawił to gdzieś w tyle głowy i pojechał na komisariat, gdzie odnalazł Nygma’ę, który czekał już na niego z nowymi informacjami. 

– Pod paznokciami dwóch denatów znalazłem fragment naskórka – Ed wskazał na młodą kobietę oraz mężczyznę około czterdziestki. – Musieli się szarpać z kimś przed śmiercią.

– Ale Nygma, to jest tylko dwójka, a ich było dwanaścioro – zauważył Harvey.

– No tak, ale to były dwa pierwsze zgłoszone samobójstwa. Myślę, że zabójca po prostu wiesza ludzi i następne były już… bardziej dopracowane. 

– To jakaś paranoja, to… – zawołał Bullock, któremu ewidentnie nie chciało się już prowadzić tej sprawy.

– To ma swój sens – przewał mu Jim, a jego partner tylko wywrócił oczami. – Poproszę, aby zbadali, czy na sznurach były czyjeś odciski palców. Nygma, sprawdź, czy mamy DNA tego, z kim się szarpali denaci w bazie. 

Gordon opuścił pomieszczenie i udał się do jednego z biur, prosząc o zbadanie sznurów. Może zabójca pozostawił ślady palców, dzięki którym dojdą, kim on był. Załatwił również wykopanie grobu Harley, do którego już udali się technicy. Poszedł też do komendanta, który przyjął zgłoszenie o kolejnym samobójstwie. Na stole w pomieszczeniu od sekcji zwłok zauważył kolejnego denata, którego z pozostałymi łączyły tylko ślady od pętli na szyi. I to, że powiesił on się dokładnie na takim samym sznurze. Jim westchnął i wrócił do swojego biura, opadając na skórzany, czarny fotel. Kim, u licha, mógł być zabójca? 

Kolejny rzut na akta ofiar nie dał mu nic więcej. Może to naprawdę były tylko samobójstwa? Ale dlaczego tak liczne w ostatnim czasie? Czy naprawdę podejrzane nie jest, że ludzie nie rzucają się z mostów, ani nie strzelają sobie kulki w łeb? Że nie łykają tabletek? Że nie podcinają sobie żył? Dlaczego, cholera, wszyscy się wieszają?

– Jim, to są dokładnie te same fragmenty naskórka – zadzwonił do niego Nygma z nowymi informacjami. – Nie uwierzysz, od kogo one pochodzą! Jokera! 

– Co? – dopytał Gordon, nie do końca będąc pewnym, czy dobrze usłyszał. – Od Jokera?

– Tak, tak. Jak myślisz, dlaczego Joker wiesza ludzi?

James powiedział mu, że pewną teorię, ale nie podzielił się nią z Nygma’ą, tylko zakończył podłączenie. Uśmiechnął się szeroko, spoglądając na Bullocka, który ponownie bawił się Kostką Rubika. Wytłumaczył mu, że znalezione fragmenty naskórka należały do Jokera i przeszedł do omawiania z nim swojej teorii.

– Joker zabił Harley, maskując to na samobójstwo… – zaczął Gordon.

– Wątpię – przerwał mu Harvey, nie dając dokończyć koledze. – Obstawiałbym raczej, że Harley i Joker mieli uciec z Arkham razem, ale pannie Quinn się nie udało, tak jak mówił lekarz. Ona się przez to zajebała, a biedny Joker został bez dziewczyny i żeby pokazać wszystkim, jaki to on jest smutny, zaczął wieszać ludzi. Przyznaj, to do niego dość podobne. 

– To, to… to jest genialne – oznajmił Jim, po czym odebrał znów dzwoniący telefon. – Gordon z tej strony, słucham?

– Sprawdziliśmy te sznury, co chciałeś – powiedział technik, bez wyraźnego entuzjazmu. – Na dziesięciu znajdują się odciski palców tego samego człowieka… Ale to może być równie dobrze… nie wiem w sumie.

– Zobacz czy mamy te odciski w bazie – zlecił Gordon. – Ale szybko. 

– Są – mruknął technik, po czym na chwilę zamarł. – Jim, o nie… One należą do Jokera. 

James wydusił coś w stylu: „tego właśnie się spodziewałem”, po czym zakończył rozmowę i schował telefon do kieszeni. Przekazał Harvey’emu informacje i zanotował je w swoim zeszycie. Wszystkie poszlaki zaczynały stanowić jedną wielką układankę. Wiedzieli już, kim prawdopodobnie był zabójca i znali jego motyw. Wydawał się być on co prawda mało racjonalny, ale każdy w Gotham wiedział, że Joker to szalony psychopata i większość jego działań jest pozbawiona… sensu. Tym bardziej to, że wieszał przypadkowych ludzi, bo jego dziewczyna się zabiła.

Gordon spędził następy kwadrans na rozmyślaniu, w jaki sposób Joker dobierał swoje ofiary. Rzekomych samobójców nie łączyło nic, a nic, poza tym, że wszyscy zginęli w ten sam sposób, a więc James nie miał żadnego punktu zaczepienie w tym temacie. Nawet Bullock zainteresował się bardziej sytuacją, zaczynając przeglądać akta, na wypadek, gdyby jego kolega coś przeoczył, ale nie znalazł tam nic, co by go zainteresowało. Sprawa znów stanęła w martwym punkcie, zwłaszcza, że nawet nie wiedzieli, gdzie mogą znaleźć Jokera.

– Pomyślmy logicznie – mruknął James, chociaż w przypadku Jokera logika nie była dobrym rozwiązaniem. – Gdzie znaleziono wszystkie ciała?

– W różnych miejscach Gotham – Harvey na chwilę oderwał się od papierów. – Mam ci wydrukować mapkę i pozaznaczać szpilkami? 

– Poproszę.

Jim kątem oka zauważył, jak jego partner z pracy uśmiecha się pod nosem. Wiedział, że Bullock lubił wbijać szpilki w mapkę, czasem nawet zastanawiał się czy przypadkiem tylko z tego powodu nie został policjantem. James miał wrażenie, że całkowicie się od siebie z Harvey’em różnią – może dlatego jego szefowa przydzieliła mu właśnie jego do pracy. Gordon uważał się za człowieka prawa i na początku jego pracy bardzo dziwiły go zachowania innych policjantów, które nie zawsze były zgodne z procedurami. Nic więc dziwnego, że inni detektywi nie do końca go lubili, kiedy zwracał im czasem uwagę. 

Harvey miał za to swoje ścieżki, którymi podążał przy rozwiązywaniu sprawy. Nie zawsze były one zgodne z pewnymi zasadami, ale zazwyczaj skuteczne. Chyba znał dobrze Gotham i za każdym razem wiedział, gdzie wejść, gdzie zapytać, aby się czegoś dowiedzieć. I nie lubił się przepracowywać, ani stawiać pracy na pierwszym miejscu w swoim życiu. Miał czas na przerwę i to był jego święty czas, co było zupełnym przeciwieństwem dla postępowania Jamesa Gordona. 

Bullock bawił się wesoło w zaznaczanie szpilkami miejsc na wydrukowanej przez siebie mapce, zaś Jim popijał kawę, zastanawiając się, czy coś mogli przeoczyć. Po głowie chodziło mu pytanie, dlaczego tylko on zauważył jakieś nieprawidłowości, jakąś wskazówkę w tych samobójstwach? Może po prostu wszyscy zdawali sobie sprawę z tego, że o wiele łatwiej, prościej i przyjemniej jest wpisać w protokole „samobójstwo”, aniżeli szukać zabójcy? Jamesowi zdawało się, że zna odpowiedź na pytanie, ale nie myślał nad tym dłużej, gdyż zadzwonił telefon.

– Gordon z tej strony. Słucham? – mruknął jak zwykle.

– Jim, odkopaliśmy ten grób – oznajmił jeden z techników, Andrew. – Ale nie możemy przeprowadzić sekcji zwłok.

– Dlaczego? – James upił łyk kawy, nieświadomy tego, jaką odpowiedź ma dla niego kolega po fachu.

– Grób Harley Quinn jest pusty – oświadczył, a Gordon mało co nie wypluł kawy. – Miałeś rację, że coś tu jest podejrzane. Wydaje nam się, że Harley sfingowała swoją śmierć, aby uciec. Nie martw się, wysłałem już moich ludzi, badają sprawę. Zajmiemy się tym.

– Dzięki – mruknął Jim, rozłączając się. Zamrugał parę razy oczami, próbując przetworzyć w swoim umyśle informacje, które przed chwilą dostał i zwrócił się do Harvey’a: – Harley Quinn uciekła. Jej grób jest pusty.

– To cwana bestia – zacmokał Bullock, odrywając wzrok od mapki Gotham. – Też coś mam. Jakby się tymi szpilkami pobawić w „połącz kropki”, wyszło by „J”, ale takie nie do końca. Wiesz, brakuje jednej kreski, w miejscu pierwszego samobójstwa. 

– „J” jak „Joker” – zauważył Gordon, po czym wstał z krzesła, zostawiając niedopitą kawę. – Jedziemy tam.

– To opuszczona fabryka papieru toaletowego – Harvey parsknął cicho śmiechem, na co Jim tylko wywrócił oczami. – Mr. J najwyraźniej lubi bardzo dziwne miejsca. 

– Ale Harvey, skoro Harley żyje, to jaki motyw ma Joker, aby wieszać ludzi? 

– Nigdy nie próbuj zrozumieć szaleńców, Jim. Nigdy. 

Policjanci pojawili się na miejscu jakieś dziesięć minut później. Nie mieli ze sobą posiłków, bo przecież nie spodziewali się, że właśnie teraz znajdą tutaj Jokera, który akurat będzie próbował kogoś powiesić. Jak wielkie było więc ich zdziwienie, kiedy przy suficie znaleźli dyndające ciało kolejnego wisielca. 

– Trzeba go szybko ściągnąć, jeszcze żyje – oznajmił James chwilę po tym, jak Harvey zadzwonił po pomoc. – Zajmij się tym, spróbuję znaleźć Jokera. 

Jim Gordon odwrócił się na pięcie, chcąc pobiec ku schodom prowadzącym na pierwsze piętro, ale nie mógł. Coś mu zagrodziło drogę, a przed oczyma ujrzał białą jak trup twarz, wielkie zielone oczyska, przetłuszczone włosy w tym samym, zielonym kolorze i nienaturalnie szeroki uśmiech, jakby z kącików ust wychodziły blizny. James przełknął ślinę, zgrabnie przeskakując za Jokera, zamierzając go skuć. Jak się można było domyśleć, za bardzo mu to nie wyszło i Joker minął go, biegnąc ku Bullockowi, który siłował się właśnie ze ściągnięciem poszkodowanego spod sufitu.

– Harvey! – wrzasnął Jim, a ten odwrócił się. Joker trzymał już jednak pistolet przy jego głowie.

– Nie zdejmiecie tego trupa! – krzyknął zielonowłosy popapraniec, uśmiechając się jeszcze bardziej. – Wasze kobiety zginą, tak jak i moja!

– Harley żyje – mruknął Bullock, najwyraźniej z nadzieją na uwolnienie.

– Kłamca!

– Nie tym razem, Mr. J. – czyjś słodki głosik wypełnił opuszczoną fabrykę. – Ktoś tu najwyraźniej mówi szczerze.

Cała trójka mężczyzn odwróciła się w kierunku drzwi od budynku. Ku nim zbliżała się właśnie przepiękna kobieta o niemałych atutach, wielkich niebieskich oczkach, trupio bladej twarzy i szalonym makijażu. Jej dwa blond kucyki kończyły się niebieskim oraz czerwonym kolorem, a jej skąpy strój i wysokie szpilki z pewnością podobał się trzem mężczyzną stojącym w opuszczonej fabryce papieru toaletowego. A Joker zdawał się być strasznie zdziwiony tym, że zobaczył właśnie Harley Quinn.

– Pączusiu – mruknęła dziewczyna, a Jim nie mógł się powstrzymać, aby nie wywrócić oczami.

– Harley – szepnął Joker, zostawiając w spokoju Harvey’a i w podskokach udając się do ukochanej. – Ty żyjesz! 

W tym samym momencie przez drzwi wtargnęły posiłki wezwane wcześniej przez Bullocka. Można byłoby już pomyśleć, że rozdzielą one kochanków, ale nic z tych rzeczy. Oboje byli szaleńcami zdolnymi do wszystkiego i to cholernie sprytnymi. Nim skończyła się akcja, a Harvey z Gordonem zdjęli pętle z szyi niewinnej i nieżywej już ofiary Jokera, okazało się, że para gdzieś zniknęła. Wszyscy postanowili dać sobie tego wieczoru spokój z gonitwą za nimi, a Jamesowi towarzyszyło już tylko jedno pytanie.

Czy naprawdę, u licha, musiało zginąć tyle osób, aby Joker skumał, że jego dziewczyna jednak żyje?!

PROLOG – Nie zadawajcie się z Nigelem Johnsonem

Tupot moich niziutkich szpilek roznosił się po całej ulicy, przez co czułam się dość niezręcznie. Nie lubiłam tego typu butów bardziej n...